Zycie plynie dla mnie w zwolnionym tempie w zwiazku z zasmarkanym nosem i obolalymi zatokami, wiec mam troche wiecej czasu na refleksje. Zazwyczaj taki czas „przestoju” wprowadzal mnie w panike, mialam wrazenie ze kiedy nic specjalnego sie nie dzieje, kiedy nie jestem zajeta, zycie przecieka mi miedzy palcami. Mysle ze zrodlo tego wiecznego pospiechu, koniecznosci bycia zajeta ma zrodlo w dziecinstwie, w ktorym „lenistwo”, „marnowanie czasu” bylo jednym z grzechow glownych. Zlapalam sie na tym ze w mojej glowie ciagle przewija sie lista spraw niezrobionych, niezalatwionych i wciaz czuje sie sfrustrowana , niezadowolona z siebie i wcale nie jestem efektywna w tym wszystkim. Ta ciagla lista mnie paralizuje, stresuje i w efekcie wszystko co mam zrobic, robie w pospiechu, w stresie, co meczy mnie podwojnie.

Po wczorajce notce, dlugo zastanawialam sie co chcialabym napisac na koniec 2009 roku, jak chcialabym zamykac ten kolejny zeszyt mojego zycia. Nie ma dwoch zdan, jednym z bardzo upragnionych podsumowan bylby fakt uporzadkowania mojego zdrowia, tzn. doprowadzenia sie do zdrowej wagi, i doskonalej kondycji fizycznej.  Marzeniem moim byloby wkleic 31 grudnia 2009 dwa zdjecia, zatytulowane: tak bylo i tak jest. Aby to osiagnac, musze skoncentrowac sie na tym celu kazdego dnia – aby tam dojsc musze stawiac systematyczne, male kroczki.

Bardzo tez chcialabym aby ten nadchodzacy rok nie przyniosl zadnych tragicznych wydarzen w rodzinie. Rozmawialam wczoraj z moja bliska kuzynka, ktora podzielila sie ze mna ze swoja filozofia zyciowa – „Good day for me  is the one without bad news.” Racja. W naszej rodzinie w ciagu ostatnich 10 lat wydarzylo sie tyle chorob, tak wiele osob odeszlo w stosunkowo mlodym wieku, stad obydwie zmagamy sie z tym lekami – zwlaszcza ze obydwie zyjemy na emigracji. Akurat na to nie mam wplywu, ale mam nadzieje ze laskawy Bog da mi nie-dramatyczny rok, abym moglo posunac sie w drodze do tego „madrego umyslu” – gdzie intelekt harmonijnie wspoldziala z emocjami.

Chcialabym bardzo abysmy cala rodzina odnalezli sie w tym nowym/nienowym kosciele, do ktorego wstapilismy dwa miesiace temu. Tutaj w USA koscioly sa wspolnotami, ktore nie tylko sie modla, ale tez razem organizuja roznego rodzaju akcje charytatywne, wspieraj sie w trudnych sytuacjach, sa taka wieksza rodzina.  Kosciol do ktorego nalelezelismy przez wiele, wiele lat zaczal sie zmieniac, wiele ludzi odeszlo, wiele nowych ludzi dolaczylo – ten kosciol zaczal pomalu miec charakter afrykanski, gdyz wiele z nowych parafian to ludzie z Ghany, Nigerii. Bardzo ciekawy kulturowo, ale tez trudno nam sie tam bylo znalezc, przebic przez te bliskie-sobie afrykanskie rodziny. Wiele z rodzin z ktorymi bylismy zaprzyjaznieni odeszla z tego kosciola, wskutek osobliwych polityk poprzedniego pastora, tak ze zaczelismy sie w tym kosciele czuc obco. Moze przez ta emigracje bardzo potrzebuje tej koscielnej rodziny, i bardzo bym chciala abysmy w nowej parafii zapuscili solidne korzenie.

Chcialabym w tym roku znalezc jaks nowa pasje, aby to osiagnac musze miec wiecej czasu. Mysle ze ta nowa pasja bedzie zwiazana z medytacjami ( MUSZE popracowac nad wewnetrzna cisza, ten ciagly niepokoj, rozlatane emocje strasznie mnie mecza) oraz z jakas pasja turystyczna. Moj rower zostal wyciagniety z czelusci piwnicy, kola napompowane i czeka na lepsze czasy. Mam wielka nadzieje ze przekonam B. na weekendowe wycieczki poza miasto ze mna. Moze , jak nabiore lepszej kondycji poznam jakis ludzi z tej organizacji „Bike-DC”. Poza tym musimy wrocic do tych naszych wyjazdow rodzinnych w gory. Bedzie to wymagalo lepszej organizacji czasu, mam mozliwosc pracy raz w tygodniu z domu i byc moze skorzystam z tego.

Piszac to wszystko, zdalam sobie sprawe ze aby zrealizowac moje plany, nie potrzebuje w zyciu jakis dramatycznych zmian. Nie daze do rozwodu, zmiany miejsca zamieszkania, zmiany pracy – co pozornie czyni te wszystkie plany latwymi, gdyz w zasadzie mam duza kontrole nad ich realizacja, kwestia wlasciwych wyborow. Jestem zdeterminowana utrzymac moje mysli ( i ten blog) w tonie pozytywnym, ale z przykroscia musze stwierdzic ze czesto w przeszlosci, moj pesymizm, moje depresje stawaly mi na przeszkodzie bardziej niz zewnetrzne okolicznosci. Czasem moje mysli sa mi najwiekszym wrogiem.