chudne blog

Twój nowy blog

Ostatnio kiepsko sie czuje, slabo spie, dopadaja mnie mary dziecinstwa, rozne zale wychodza na wierzch…Mysle ze zrodlo tego gorszego samopoczucia bierze sie z faktu ze B. wkrotce ma leciec przez ocean, nie bedzie Go przez cale wakacje, z tym wyjazdem wiaza sie intensywne przygotowania, boje sie o Niego zwlaszcza w obliczu wczorajszej katastrofy lotniczej.  W domu rozpoczelam maly remont, i oczywiscie zaplanowalam zbyt duzo na raz…chociaz ten remont daje mi okazje wspolnego projektu z moim synem przyrodnim, ktory niewiadomo kiedy zmienil sie w mlodego, bardzo sympatycznego mezczyzne. Malujemy sciany razem, troche rozmawiamy, razem gotujemy, bardzo lubie tych Braci mojego syna, i z glebi serca Bogu dziekuje ze sa czescia mojego zycia.

Ale ogolnie czuje sie  zmeczona i zniechecona…i mam wielka pokuse uzalania sie nad soba.. w takim wlasnie nastroju otworzylam dzis na moment telewizje i uislyszalam fragment wykladu Dr. Wayne Dyer’a, ktory jest popularnym doradca/mowca  motywacyjnym. Dr. Dyera znam ze wczesniejszych programow i owsze, zawsze czulam duzo pasji w Jego wykladach, zawsze jednak uwazalam je za takie troche populistyczne. Ale dzis Jego slowa byly odpowiedzia na moje rozterki – od dawna nosze w sobie przekonanie ze jestesmy czeswcia Wiekszego Planu, i ze Otwierajac sie na ten Plan mozemy osiagnac ten stan harmonii, rownowagi, stan radosci. nie szczescia, ale radosci..Skad to wiem? Doswiadczylam tego nie raz. Nie potrafilam tego utrzymac bowiem zostalam wychowana na osobe niezwykle samodzielna, niewyobrazalne jest dla mnie abym mogla naprzyklad nie pracowac zawodowo, korzystac z czyjejs pomocy. Ta samodzielnosc, ta swiadomosc ze wszystko co moge osiagnac musze wypracowac swoimi rekami (i zebami:)) jest dla mnie plaga, bo jest mi tak bardzo ciezko przyznac ze moj mozg, w ktorym kotluja sie te  prawa nauk scislych , i inne rozne madre rzeczy ktore z mozolem  tam wciskalam przez wiele lat , nie jest w stanie ani przewidziec przyszlosci, ani dokladnie jej zaplanowac – i , nigdy tak do konca nie potrafilam zaufac ze nie wszystko jest w moich rekach. W sumie to moje myslenie jest potwornie naiwne, ale mysle ze kazdy z nas wpada w ta pulapke swojego EGO, kiedy wierzymy w swoja moc …Wtedy kazdy blad, wieksza lub mniejsza krytyka staje sie absolutna porazka….

Kiedy dzis otworzylam telewizje Dr. Wayne opwoadal o sytuacjach  w swoim zyciu, i w zyciu innych ludzi, kiedy niemozliwe stalo sie mozliwym, wbrew wszelkim naukowym, podstawom. Dr. Wayne zachecal aby wsluchac sie w siebie, aby zyc z wyzszego (niematerialnego) poziomu w sobie, aby odtworzyc sie na toi Niematerialne Zrodlo Sily…., ktore pozwolic zrealizowa nam nasze przeznaczenie, niekoniecznie wielkie i slawne. Zastanawiajace ze ja zawsze gdzies w glebi wierzylam w ten Wiekszy Plan…ale mimo tej wiary, tego glebokiego przekonania, ktore nosze w sobie, od kilku dni makabrycznie biadole. Sama do siebie, wynajduje przyczyny w mojej przeszlosci dlaczego moje skrzydla sa wciaz tylko w czesci rozpostarte, dlaczego czesto sa one pomiete, zwiniete przykryte warstwami jakiejs bezsilnosci, kompleksami, czy tez moimi lekami. I w takim stanie otwieram ten blog . Slowa stanowiace odpowiedz dla moich czarnych mysli dzisiaj.

Z bardziej materialnych rozwazan to dochodze do wniosku ze ostatnia najlepsza inwestycja bylo wpisowe na zajecia z Pilates – UWIELBIAM, i coraz lepiej mi idzie. Ja zatwardziala zwolenniczka sportow wyczynowych, w ktorych nalezy sie spocic, sponiewarac:), twierdzaca ze zadne jogi i pilates sa nie dla mnie – ucze sie gleboko oddychac,  skladac moj kregoslup, kosc po kosci i trwac w pozach majacych wzmocnic moje centrum:) Moj malzonek cale zycie cieszacy sie ze swojego istnienia ( cytat) i doprowadzajacy mnie czasem do szewskiej pasji swoja metodyczno-filozoficzna natura jest bardzo zadowolony z mojego wyboru – twierdzi ze te pilates mnie WYCISZAJA:) i ze tego mi potrzeba. 

Bardzo dawno temu, pracujac jeszcze na uniwersytecie poznalam wyjatkowego czlowieka – byl nim Ojciec Stasiu. Ubrany na czarno, w wielkim czarnym kapeluszu odnalazl mnie na kampusie poniewaz bylam z …Polski. Stas wlasnie wrocil z dalekich misji w Papua New Guinea gdzie pracowal przez ponad 10 lat. Byl katolickim misjonarzem, i na nasz uniwersytet przyjechal zrobic doktorat z antropologii na bazie zebranych materialow podczas swojej 10-letniej pracy w najdalszym zakatku ziemi. Stas byl gawedziazem – potrafil godzinami opowiadac o swoich niesamowitych przygodach na misjach. W Jego opowiesciach czesto przewijal sie motyw opatrznosci, i waskiej drogi ktora jest naszym przeznaczeniem. Stas twierdzil, ze byl w smiertelnych tarapatach nie raz – np. na malej lodeczce podczas potwornego sztormu na oceanie, gdy nic nie wskazywalo na to ze ujdzie z zycie, przychodzila do niego taka pewnosc, spokoj ze to jeszcze nie jest Jego czas smierci. Kilka razy w dalekich dzunglach, przytulony do swojego konia, cierpial na jakies egzotyczne choroby, byl bliski smierci ale wciaz mial swiadomosc ze to jeszcze nie jest Jego czas. Juz tutaj w USA mial bardzo ciezki wypadek samochodowy, i lekarze chcieli amputowac mu noge, jednak Stas wiedzial ze ta noga potrzebna mi bedzie na dalsza droge zycia i nogi amputowac nie pozwolil. Noga sie zrosla, Stas z lekka utykajac, z nogi w pelni korzystal.

Stas ochrzcil mojego syna w malym polskim kosciolku iscie po misjonarsku – lal wode na ta mala, lysa glowke tak dlugo az moj stoicki syn zaczal sie drzec w nieboglosy. Potem Stas pojechal do Szwajcarii bowiem tylko tam byl specjalista ktory mogl sluzyc mu jako doradca w sprawie pracy doktorskiem. Na naszym uniwersytecie Stas byl juz wybitnym ekspertem. Stracilam ze Stasiem kontakt na wiele lat. Sama w tym, czasie odeszlam od Kosciola Katolickiego. Pewnego razu Stas znow pojawil sie na uwniwersytecie, zajety jak zawsze, otoczony ludzmi (Stasia kochali wszyscy ktokolwiek tylko mial z nim kontakt) – spotkalismy sie na krociutko, powiedzialam mu ze odeszlam z Kosciola Katolickiego. Stas odpowiedzial mi ze z jego perspektywy te wszystkie denominacje nie maja az takiej wagi, na dalekich misjach protestanccy i katoliccy misjonarze pracowali razem, razem chrzcili, i ze on jest gleboko przeswiadczony ze kazdy z nas ma wytypowana droge zyciowa, i najwazniejsze aby ta droge odnalezc. Stas po wypadku wrocil chyba do Polski, od znajomych slyszalam ze ma sie dobrze, ze pracuje z mlodzieza gdzies na dalekiej Ukrainie.

Stas odszedl z mojego zycia, ale ostatnio pamiec o Nim wraca do mnie. Byc moze dlatego ze wlasnie skonczylam czytac ksiazke „Scalpel and Soul” Allana Hamiltona , wybitnego neurochirurga, ktory w tej ksiazce opowiada o swoich spotkaniach z nieskonczonoscia i przeznaczeniem. Zarowno Stas jak i Dr. Hamilton mieli okazje doswiadczyc nieskonczonosci juz tutaj na ziemi. Mysle ze wiele ludzi ma to duchowa lacznosc z nieskonczonoscia – zarowno Stas jak i Dr. Hamilton mieli fizyczne, materialne doswiadczenia ktorych nijak nauka nie potrafi wytlumaczyc. Mnie wyksztalconej w naukach elsperymentalnych niezwykle fascynuja te „matertialne” spotkania z Bogiem….

Coop

3 komentarzy

Dawno juz nosilam sie z zamiarem wstapienia do coopu, tj do wspolnoty prowadzacej swoj wlasny sklep – nigdy jednak nie mialam czasu dotrzec do tego w sumie bliskiego miejsca. I wreszcie zapakowalam chlopakow w samochod i pojechalismy kupic farby, bowiem w przyszlym tygodniu zaczynamy maly remont – jedna z sypialni w domu i lazienka sa w strasznym stanie, i musimy sie wreszcie zabrac za ich odnowienie. W drodze powrotnej zaproponowalam zebysmy wreszcie pojechali do tego coopu, i jestem pod wrazeniem – calkiem duzy, dobrze zaopatrzony w lokalne produkty sklep. Od dosc dawna mam kaca moralnego ze my wciaz kupujemy wode butelkowana – i od dawna nosilam sie z zamiarem kupienia pojemnika i napelniania go filtrowana woda, ktora mozna u nas dostac w nawet okolicznym sklepie. No i wreszcie zakupilismy ten pojemnik na wode, pompke i mamy swietna stacje filtrowanej wody za grosze. W przyszlym tygodniu wpisze sie do tego coopu i dzieki temu bedziemy miec niewielka znizke na wszystkie produkty, stane sie czescia naszego lokalnego biznesu.

Jako studentka wszystko kupowalam w takim malym coopie, ktory byl jedynym spozywczym sklepem w okolicach uniwersytetow. Strasznie sie ciesze ze B. ma ped do takiego troche alternatywnego zycia, jest ta niewatpliwie moja i mojej rodziny zasluga, gdzie ekologia, szacunek do ziemi, milosc do przyrody byla zawsze bardzo wazna.

Odkad siegam pamiecia bylam osoba wierzaca. Nie zawsze religijna, ale zawsze wierzaca. Juz jakie male dziecko, posrod moich malych dramatow, awantur i moich trudnych dzieciecych chwil i lekow, pamietam jak rozpaczliwie wolalam do Boga o pomoc. Pamietam te swoje nocne lzy, i te bezsilne modlitwy szeptane w niebo – modlilam sie o osobliwe rzeczy, np. zebym zachorowala i zebym mogla zostac zabrana do szpitala. Mialam okazje bywac w szpitalu pediatrycznym bo pracowala tam moja ciocia i strasznie chcialam tam sie znalezc. Z perspektywy czasu wiem ze bylo to bezislne wolanie o uwage, o zainteresowanie…Dzieki Bogu ta moja dziecinna prosba nie zostala wysluchana.

Juz jako nastolatka usilowalam Boga poznac moim intelektem, namietnie czytalam wszelkiego rodzaju ksiazki religijne, filozoficzne, systematycznie uczeszczalam na religie i do kosciola katolickiego. W tamtym okresie wiara moja byla przesiaknieta poczuciem winy i grzechu – wiara dokladala sie do moich trudnosci. Bog mojego dojrzewania bylo Bogiem srogim i karzacym. Bylam pewna ze pewnego dnia spadnie na mnie kara za moje grzechy, czeste spowiedzi wcale nie przynosily mi ulgi. W okresie studiow wciaz wierzylam bardzo gleboko, i tak strasznie chcialam przynalezec do jakiego duszpasterwa akademickiego, regularnie uczestniczylam na roznego rodzaju wyklady (zreszta na swietnym poziomie),  ale  jakos nigdy formalnie nie przynalezalam do zadnej religijnej grupy.

Moje religine leki w tamtym studenckim okresie staly sie mniejsze wraz ze wzrostem mojej popularnosci towarzyskiej, mysle ze Bog wtedy nie byl az tak bardzo potrzebny, bylam wtedy bardzo samowystarczalna i chyba po raz pierwszy z zycia zadowolona. Studia skonczylam i przyjechalam do USA i po raz pierwszy tak naprawde bylam sama. Moja wiara zaczela sie wtedy rozpadac, wciaz probowalam chodzic do kosciola katolickiego, ( a studiowalam na katolickim uniwersytecie) i coraz bardziej Bog byl nieobecny w moim zyciu…Bylam bardzo samotna, rozpaczliwie tesknilam, za nic nie moglam zaklimatyzowac sie w tym kraju ktory nijak nie wygladal jak moj ukochany Krakow. Mysle ze wtedy wlasnie po raz pierwszy dotknela mnie bolesna depresja, w takim stanie poznalam swojego obecnego meza…ktory byl jednym z najlepszych naukowcow jakich znalam ( a od dziecka wychowywalam sie w tym srodowisku), a rownoczesnie osoba bardzo wierzaca.

Moj M. nie mial nigdy watpliwosci co do istnienia Boga, ktory dla Niego reprezentwal niezmierzalna, niematerialna sile, cos co wymyka sie umyslowi czlowieka, ale im glebiej czlowiek wglebia sie w nauke, tym bardziej Bog daje sie nam w tej nauce poznac.  Bog mojego meza byl Bogiem poczatka i konca, praw fizycznych, ewolucji, moj Bog byl Bogiem ludzi cierpiacych, Bogiem ktorego w przelocie mozna bylo doswiadczyc przez wiersz, jakas nute w muzyce, piekna nature. Tak naprawde mimo solidnego uczestnictwa w lekacjach religii wiedzialam niewiele o historii chrzescijanstwa,  mialam jakas tam wiedze tylko z teologii kosciola katolickiego. Moj M. przez wiele lat podwazal te dogmaty religijne ktorymi ja od dziecinstwa bylam przesiaknieta.

I tak przez wiele lat szarpalismy sie z ta ograniczonoscia naszych ciasnych umyslow i tradycji w ktorych wzrastalismy.

Z perspektywy czasu widze ze Bog zawsze byl ze mna w moim zyciu, byl o wiele bardziej wierniejszy mi niz ja Jemu. Ze stawial mi na drodze ludzi, ktorzy pomagali mi wrocic na ta droge ktora byla moim przeznaczeniem – ze mimo tego ze czasem bardzo sie buntowalam, zawracalm, opornie maszerowalam w tyl, ostatecznie zawsze wracalm do tego miejsca gdzie Bog na mnie czekal. Ze nigdy nie pozwolil mi Sie zamknac w ciasnych definicjach tradycji, teologii czy tez jakiegos wyznania…Przestalam liczyc na to ze Bog odpowie na kazda moja modlitwe, wiem ze nie zawsze bede czula ze jest blisko mnie, ale tez wiem ze dopoki bede Go szukac, bede siegac do Niego wczesniej, czy pozniej nadejdzie ten moment ze poczuje Jego obecnosc.


jak nic. Gdzie te czasy gdy majac male dziecko, co najmniej raz w miesiacu otwieralismy nasz dom na przestrzal, wyciagalismy wielki stol na srodek pokoju i zapraszalismy gosci? Najczesciej byli to rodzice kolegow B., dzieciaki bawily sie radosnie, dorosli rozkoszowali sie faktem ze dzieci sa zajete i bylo super. Potem jakos ta nasza paka rodzicowa sie rozsypala – jedna zaprzyjazniona rodzina wyprowadzila sie do Nowego Yorku, druga rodzina mieszka zbyt daleko aby czesto sie odwiedzac, trzecia rodzina ma potworne klopoty (rozwodza sie i schodza na okraglo, i ciezko ich razem zapraszac) – w miedzyczasie nas dopadl kryzys, i jakos nagle uswiadomilam sobie ze czuje sie tutaj bardzo, bardzo samotna.

Fakt ze mam prace taka ze na okroglo pracuje z wielka iloscia ludzi, wiec po przyjsciu do domu glowa mi czasem peka od nadmiaru telefonow i ilosc spotkan, a palce bola od pisania e-maili, ale wsrod tej ilosci ludzi poczulam sie jeszcze bardziej samotna.

Swieta Bozego Narodzenia spedzilismy z naszymi uroczymi sasiadami, ale dzieki Bogu maj sie zrobil, i od grudnia nie mielismy czasu/okazji/ochoty na zadne zycie towarzyskie.   I wczoraj niespodziewanie moj M. zaprosil swoich znajomych, ktoryc ja znalam ale slabo – majpierw mielismy do nich isc na steki, potem okazalo sie ze im cos wypadlo i oni do nas przyjda, oczywiscie wpadlam w panike, ze nie jest do konca posprzatane, ze nie wiedzielismy wczesniej, ale przypomnialam sobie pewne sztywne spotkania u naszych polskich przyjaciol, na zastawach , przy swiecach, przyjecia jak z magazynu z koncertami i wystepami po ktorych wracalam calkie zmaltretowana, z jakims takim niejsnym przekonaniem ze te spotkania to okazja do pokazania sie , niz zadbania o przyjazn i postanowilam ze to nie jest inspekcja sanitarna, i nikt w gosci nie chodzi aby oceniac stan czystosci ( u nas ogolnie i tak jest w miare czysto) i skoncentrowalismy sie na przygotowaniu bardzo prostego obiadu – moj M. robi najlepszego na swiecie lososia, ja zrobilam mase jarzyn w roznej postaci, sery, krakersy, dwie butelki dobrego wina.  Dwie godziny i bylismy gotowi!

Wieczor byl super – okazalo sie ze jest to rodzina z bardzo podobnym podejsciem do zycia jak my – ciepli, serdeczni ludzie. Poznalismy sie lata temu w malym, ortodoksyjnym kosciele podczas naszych eksploracji religijnych. Zarowno oni jak i my odeszlismy z tego kosciola, z podobnych powodow, ale moj M. przez wiele lat utrzymywal z nimi kontakt e-mailowy. Gadalismy jak najeci do godziny 12 w nocy, i ze zdziwienie uswiadomilam sobie ze naprawde nie odczuywam juz bariery jezykowej, a rownoczesnie wroslam na tyle w Ameryke, ze nie odczuwalam tez bariery duchowej. Rozmawialismy o polityce, nauce, dzieciach ale takze bardzo duzo o teologii. Mam nadzieje ze bedziemy utrzymywac z nimi czestszy kontakt – bardzo bym tego chciala.

Przepiekny!!!! Chlopaki mi niczego sie dotknac nie daly, kazanie w kosciele bylo tak przepiekne ze lzy mi ciurkiem lecialy (ale to dobre lzy), a potem zapakowalismy roweru do samochodu i pojechalismy na brzeg Potomacu na Mount Vernon Trail, ktory ma 18 mil. Wymieklam na 9 mili, wiec zaliczylismy tych 18 mil w sumie.

Troche zestresowalam sie rozmowa z moja mama dzisiaj, ale dzieki Bogu obudowana jestem barykadami grubymi, forteca i jeszcze walem obronnym. Te lata terapii i pracy nad soba obfituja wspaniale, i mysle ze mojej mamie tez pomaga jak jedna z nas z tych w tym zwiazku jest osoba dorosla. Przebaczylam, nie mam zalow, mame kocham, ale nie pozwole sie juz nigdy nikomu i niczemu skrzywdzic. Ostatnio bardzo duzo mysle o Bogu, o tym jak bardzo poglebila mi sie wiara i ufnosc, jak w sumie ta wedrowka teologiczna ktora przeszlam z G. mnie wzbogacila, rozciagnela intelektualnie.

Piekny wiersz czekal na mnie w komentarzach i takie mile slowa od dwoch czytelniczek. Dziekuje bardzo. Chcialam wkopiowac ten wiersz w ta notke, ale niestety browser ktory uzywam odmowil wspolpracy z komenda wklej, wiec prosze zajrzec do komentarzy pod poprzednia notka!

Te nasze blogi to troche jakby otworzenie drzwi do naszego wnetrza, do naszego myslenia, dlatego tak ciesza te wizyty, te slowa radosci z naszej obecnosci.

Jakby sie zastanowic glebiej to blogowanie jest zjawiskiem fascynujace, mamy mozliwosc uczestniczenia w zyciu nieznajomych ludzi, zaprzyjazniamy sie z nimi czesto niz znajac ich osobiscie,  czekamy na ich powroty, zastanawiamy sie co u nich, myslimy o nich nawet po wylaczeniu komputera. Czesto odwiedzajac jakis blog mysle sobie – jak ja chcialabym umiec tak pisac, albo jak chcialabym na chwile byc czescia tego zycia, i osobiscie poznac osobe piszaca. Zdarza mi sie tez zawedrowac  na blogi niedbale, wulgarne, plytkie, niestaranne, czy tez makabrycznie nudne. Czeto tez widze blogi ktore maja za zadanie po prostu zaimponowac – tych nie lubie wyjatkowo, wyczuwam w tych blogach  falszywke i pozoranctwo. Sa tez blogi tak glebokie i madre a opisujace zwykle codzienne sprawy. Te blogi swiadcza o niesamowitej wrazliwosci, jaka niektorzy z nas maja i te lubia najbardziej.

Wracajac do Dnia Matki ( i obiecuje ze juz wiecej o moim synu pisac nie bede, ale po 3 trudnyc latach, gdzie nijak sie z tym moim jedynym dzieckiem dogadac sie nie moglam, zafascynowana jestem Jego kooperatywnoscia, stabilnoscia emocjonalna, to jest nowosc dla mnie). Taki wczoraj dostalam e-mail od nauczycielki:

I have enjoyed having B. in my class this academic year. His fine attitude and spirit of cooperation are reflected in both his excellent school work and his ability of getting along with his peers. YOU ARE TO BE COMMANDED FOR RAISING SUCH A FINE MAN”

Alleluja!  Co za prezent na Dzien Matki i z tej okazji wpisalam sobie go na blog:)

A wiec macierzynstwo widac opanowalam, gorzej z moim szefowaniem w pracy. Mam wielki dylemat z jednym z moich pracownikow – chlopak zdolny, wrazliwy ale otyly i wiecznie chory i rozlazly. Staram sie jak moge go mobilizowac, zachecac, chcialabym go promowac bo wiem ze ma potencjal, ale czasem mam ochote potrzasnac nim i powiedziec mu, czy nie widzisz ze tak strasznie zyjesz na pol gwizdka? I tu zaczynaja sie moje niepokoje – czy nie za bardzo zachowuje sie jak matka w tej relacji, ktora powinna byc sluzbowa, czy powinnam po prostu zakreslic zadania i rozliczac jesli nie beda zrobione, czy powinnam mu zostawic swobode i dac mozliwosc zawalenia pewnych spraw, zamiast dopingowac, chwalic, pilnowac, sprawdzac, poprawiac… Czy mozna pracownikowi zwrocic uwage ze ma chlew w swoim gabinecie? Talerze  z resztkami jedzen, serwetki, okruchy….Ja nie moglabym w takich warunkach pracowac, i jemu tez notorycznie gina rzecza, zapomina, robi bledy….

Musze zmienic strategie…Ta obecna nie pracuje, mysle ze po prostu jeszcze bardziej rozleniwia…

Mam usprawiedliwienie na ta dluga nieobecnosc. Prawie caly kwiecien przechorowalam:( – ale mimo fatalnego wirusa, ktory zaatakowal cala nasza rodzine spedzilam wspaniale 4 dni wraz z B. przemierzajac Appalachy w West Virginii. No i pasja wloczegostwa mi wrocila! Dzis polowe dnia spedzilismy z B. w sklepach ze sprzetem turystycznym, ogladajac namioty, buty , plecaki – planujemy kolejna wyprawe w jesieni, tym razem byc moze gdzies dalej, moze do Colorado, lub Idaho.

Wraz z pasja wloczegowska, wrocily wspomnienai rajdow harcersich, rajdow studenckich, spanie w stodolach na sianie, pocalunki pierwsze przy ognisku, smetne piosenki rajdowe -  jakies fajne byly to czasy. I jak strasznie odlegle mi sie one wydaja, niemalze jakby zupelnie w innym swiecie. Bo wlasnie emiracja jest taka zmiana swiata. I przez tyle lat moja polskosc i moja nowo – amerykanskosc nie za bardzo sie na siebie nakladaly – moze dlatego ze nigdy nie dane mi bylo zyc wsrod Polonii. Aby efektywnie egzystowac w USA, musialam moja polskosc trzymac w dyscyplinie, gdzies tam gleboko we mnie ukryta aby za bardzo nie dawala mi sie we znaki i nie obezwladniala ta przerazilwa tesknota. Ale mimo moich wysilkow raz po raz dopadal mnie gdzies ten przepiekny Krakow zaulkowy, spokoju nie dawal. Ale z czasem i z tym sobie radzic zaczelam.

W przepieknej West Virginii na tych bezludnych szlakach gorskich, wsrod wspanialej przyrody jakos znow te wspomnienia z polskiej molodosci wrocily z niezwykla intensywnoscia! Ale wcale nie nekaly mnie tym uporczywym pytanie, jak wygladaloby moje zycie gdybym nie wyemigrowala. Czy dobrze zrobilam? Nagle i niespodziewanie te dwa moje swiaty jakos sie zeszly, nalozyly na siebie w zupelnej harmonii. Bylam tam w pelni szczesliwa i u siebie! Momentami rozmawialismy z B. po polsku, potem przechodzilismy na angielski, wracalismy do polskiego i tak sobie mysle ze ten moj syn nosi w sobie tez dwa swiaty. Jednak u niego te swiaty nigdy sie nie scieraly, on nosi je w sobie od urodzenia. Uwielbiam „poznawac” juz swojego prawie doroslego slyna. Mam ku temu wiele okazji teraz bowiem B. uczy sie prowadzic samochod i ma juz tzw. learner’s permit, czyli moze prowadzic w obecnosci osoby z prawem jazdy. No i codziennie spedzamy conajmniej godzine razem w samochodzie. Rozmawiamy duzo. Wspominamy. Moj syn ma fajne wspomnienia z dziecinstwa. Wiem ze bedzie z nich czerpal sile na cale zycie.  Moj syn jest tez juz zdecydowanie odrebna osoba, gotowa na samodzielne, niezalezne zycie.   Ciesze sie ze ma w sobie tyle pewnosci siebie, poczucia swojej wartosci i wewnetrznego spokoju. Dla mnie, ktora sama musialam wlozyc tyle pracy i wysilku (w zyciu juz doroslym) aby dotrzec do tej akceptacji siebie, fakt ze moj syn ma ta sile wewnetrzna, jest najwiekszym sukcesem wychowawczym.

 Wyprawa gorska skonczyla sie dla mnie antybiotykami, zapalneniem oskrzeli i zatok i dopiero od dwoch tygodni wrocila mi moja zyciowa energia. Caly kwiecien przekaszlalam, przespalam  – mam wiec nadzieje ze ta nieszczesna, swinska grypa nas oszczedzi. Dzis rano po raz pierwszy w zyciu wybralam sie na Pilates. Jestem zaskoczona jak fantastycznie sie po tych spokojnych, „starannych” cwiczeniach sie czuje. Dla mnie sport musial zawsze byc szybki, wyciskajacy poty czyli kickboxing, bieganie, skakanie – zawsze twierdzilam ze yogi i tym podobne to nie ja. Ale poniewaz w soboty rano zazwyczaj jestem jaks tak malo zorganizowana, postanowilam sprobowac tych Pilates – po 30 minutach cwiczen w miejscu pot kapal ze mna ciurkiem!

Odchudzanie jakos zeszlo u mnie na drugi plan – zdrowe zycie zaczyna byc rutyna. Mam poslizgi , mam gorsze dni ale ogolnie jest bardzo dobrze. W sumie od zeszlego roku schudlam juz 10 kg. Do dobrego samopoczucia potrzebowalabym jeszcze 10 kg i teraz jestem pewna ze do tego dojde. Pomalenku realizuje moje postanowienia noworoczne – mija 11 miesiac mojej nowej pracy, i wczoraj byl pierwszy piatek tzw teleworking, czyli pracy z domu. Tym sposobem zaoszczedzilam prawie 3 godziny, ktore spedzam na codzienne dojazdy!  Dlugofalowo zaczynam pomalenku myslec o zmianie pracy… Daje sobie na to okolo 3-5 lat…Pomalu wykluwa sie we mnie wizja co chcialabym robic…..

Mimo ze w moim marnym ogrodku (podgryzanym przez okoliczne jelonki) zonkile pchaja sie na swiat, wlasciwie juz wylazly calkowicie, tylko wciaz wahaja sie z otworzeniem tych dlugich pakow bo zima uparcie do nas wraca, i to najczesciej po dniu cieplejszym, dajacym nadzieje na rychla wiosna. I mnie te wahania temperatur, te fronty i cisnienia zmieniajace sie doprowadzaja do stanu maksymalnego zmeczenia. Pisze ta notke prawie na koniec weekendu, i mam jakies takie uczucie ze ani za dobrze nie odpoczelam, ani tez wiele nie zrobilam. Ale, przeciez bylismy z M. na bardzo dlugim spacerze wzdluz pieknego potoku, (wciaz w polowie zamrozonym), siedzielismy na pniakach i lapalismy calkiem cieple promienie lutowego slonca. Bylo nam dobrze i blisko ze soba, chwile te zapamietalam i zawekowalam na starosc.

 Ugotowalam gar golabkow oraz mniejszy garnek bigosu, znow ugotowalismy chili ( dziecko-prawie-dorosle  je to chili nalogowo, a zdrowe wiec gotujemy co tydzien). Wyblagalam zeby zadnych paczkow nie kupowac i na ostatki nasmazylam racuchow. Rozmawialam z kuzynka z Luxemburga (prawie dwie godziny), rozmawialam z mama ( 70 minut) , czytalam wiersze Szymborkiej, bylam z dzieckiem (prawie doroslym)  u fryzjera, ktory obcial mu przez rok zapuszczane wlosy. (Dziecko mi wydoroslalo jeszcze bardziej i wyprzostojnialo!)  Wiec mimo wszystko zajeta bylam bardzo, ale jakos tak czuje sie jak mucha w jakiejs mazi. Marzy mi sie urlop, jakas wyprawa w gory ale prawdopodobnie nastapi to dopiero w okolicach Swiat Wielkanocnych.

Tymczasem pomalu wchodzimy w okres Wielkiego Postu. Podczas tych kilku ostatnich lat kiedy „eksperymentowalismy” z wieloma kosciolami protestanckimi, brakowalo mi bardzo tej cyklicznosci koscielnej w ktorej wyrastalam w moim w starym Krakowie.  Te ostatnie lata uczesnictwa w kosciolach roznych denominacji uswiadomily mi z olbrzymia sila, ze jestem uczulona na wszelaki fanatyzm (niezaleznie od wyznania),  glupote i niedojrzalosc religijna ( ktora niestety szerzy sie w wielu ewangelickich wyznaniach), oraz to ze coraz mocniej wierze w Boga, ktory nie pozwala mi sie zamknac w zadne ramy wyznaniowe. Moj Bog domaga sie i mojego intelektu i moich uczuc z jednakowa sila. Dlatego tez postanowilam ze w czasie tego Wielkiego Postu bede sie starala wiecej obcowac z Bogiem, zarowno intelektualnie, jak rozwniez przez zaangazowanie moich emocji w modlitwe i medytacje.

chudne

1 komentarz

-0.5 kg do tylu. Jestem zadowolona bo byl to moj PMSowy  tydzien, i wlasciwie przez 3 dni nie bylam wcale zmobilizowana.

Pracuje w tym tygodniu nad strata 1 kg. W przyszly czwartek kolejny raport!


  • RSS